Nike
2008
jury
Janusz Rudnicki
Chodźcie, idziemy


 

Bohaterem książki Rudnickiego jest zgorzkniały facet w średnim wieku, który po latach spędzonych w Niemczech postanowił wrócić do Polski. Zamieszkał w ponurym wieżowcu z wielkiej płyty - kiedyś męczył się za granicą, teraz męczy się w kraju: "Życia w szpagacie mi się zachciało, w dwóch krajach jednocześnie" - powiada z rezygnacją.

Nikczemne życie płynęłoby pewnie dalej swoim nudnym torem, gdyby nie nagły, potężny wybuch gazu, który zmiótł blok, a jego ocalałych mieszkańców zamienił w jednej chwili w koczowników. Biedacy nie wiedzą, gdzie się podziać, próbują na ulicy zbierać pieniądze pod transparentem informującym o nieszczęściu, ale szybko obok rumowiska pojawiają się i inni chętni z podobnymi napisami, chociaż nikt ich nigdy w bloku nie widział. Skoro więc garstka biedaków nigdzie już nie jest u siebie, skoro nie trzyma jej w jednym miejscu nawet własny śmietnik, bohater i tych kilkoro rozbitków postanawiają jechać do Niemiec. "Cyrk objazdowy, nie życie" - mówi w pewnym momencie Pinkerton, jeden z dawnych sąsiadów, teraz towarzysz niedoli.

Tak oto realizuje się stereotyp Polaka szukającego szczęścia w niemieckim raju - zresztą na rozmaite sposoby i, jak się okaże, z różnym skutkiem. Hasło do wyjazdu daje jeden ze starszych sąsiadów, który w czasie wojny był robotnikiem przymusowym i teraz chętnie odwiedziłby potomków swojego bauera w nadziei na odszkodowanie.

Kwestia odszkodowań wraca zresztą w "Chodźcie, idziemy" jak refren, i to zawsze w specjalnym, najprostszym, niby-gazetowym stylu. Rudnicki komentuje polską współczesność, chyba ją uważa za dość bezmyślną, ale naprawdę napisał groteskę. Wymyślił własny, koślawy język, od pozornie realistycznych sytuacji ucieka w przesadę i chętnie nadużywa, oczywiście świadomie, stereotypów polsko-niemieckich.

Groteskowa i celowo niewiarygodna jest już sama początkowa sytuacja - wybuch gazu uruchomił plagę podobnych eksplozji w całej Polsce: "Rzeczy, które szlag trafił. Spadają między innymi: miś z okienka, widokówki z kolonii nad morzem, głośniki radiowe ze stanem wody w Zawichoście, mama z taboretu, balony pierwszomajowe, kolarze z Wyścigu Pokoju, kartki na żywność i tak dalej".

Akcja "Chodźcie, idziemy" ma w gruncie rzeczy znaczenie drugorzędne. Rudnicki napisał pamflet na prowincjuszy, ludzi przeciętnych, nieciekawych, jednocześnie szalonych, na ich życie ograniczone do najprostszych potrzeb i reakcji. Miarą sukcesu jest tu kilka groszy z Dresdner Banku, symbolem szacunku kiczowaty plastikowy kwiatek wciśnięty do skrzynki pocztowej.

Opowieść o szaleńczej wyprawie nowych robotników przymusowych, tych nowych, współczesnych wysiedlonych, kończą trzy niewielkie rozdziały wyłamujące się z fabularnej całości. Pierwszy opowiada o cmentarzu Ohlsdorf w Hamburgu, pierwszej XIX-wiecznej świeckiej nekropolii. Drugi jest wstrząsającym, brutalnym monologiem o powojennym obozie koncentracyjnym w Łambinowicach, w którym więziono Niemców wysiedlanych z tzw. Ziem Odzyskanych. Trzeci mówi o rodzinie narratora, dawnych wysiedleńcach ze Wschodu: "Droga z ziemi lwowskiej do polskiej. Po wojnie. W pociągu. (...) Z kurami, kogutami, workami ziemniaków".

MAREK RADZIWON