Nike
Nagroda Nike
jury
Krzysztof Varga
Nagrobek z lastryko


Pomysł na tę powieść jest chytry. Varga umieścił narratora w odległej przyszłości i kazał mu wspominać zamierzchłe, dawne dzieje, czyli naszą współczesność. Powodem do wspomnień jest stare zdjęcie dziadka i babci z urlopu w Chorwacji z 2005 r. Narrator przyjdzie na świat przeszło 30 lat później. Świat, w którym będzie żyć narrator, po kataklizmie lat 70. XXI stulecia okaże się upiorny, apokaliptyczny. "Cena gazu przekroczyła cenę złota", narrator, obywatel VI RP, pracuje w sektorze pogrzebowo-rozrywkowym, w młodości ulegał wielkim pasjom kolekcjonerskim (zbierał gazetki z supermarketów), rekordy popularności bije w telewizji tok-shaw "Zostań trupem".

Tymczasem dziadkowie w 2005 r. chyba nieszczególnie do siebie pasowali. O ich zaręczynach pisze się tak: "Babcia nie rzuciła się dziadkowi na szyję, nie powiedziała nawet, że się zgadza, a jedynie skinęła głową. (...) Moja babcia nie musiała już wcale kochać Piotra Pawła, mogła go już nawet trochę nie lubić, ale nie widziała lepszego wyjścia niż małżeństwo z nim". I później nie bardzo im szło. Dziadek próbował nawet parokrotnych ucieczek, z najdłuższym samotnym wypadem do Krakowa - to było chyba w roku 2013. Później była jeszcze wielka wojna, którą rodzina spędziła w głuchej wsi pod Warką, w tej wojnie "mała nasza Polska została sprzedana", i przede wszystkim późniejsze powstanie. Jest niby zmyślone, fantastyczne, ale jakoś dziwnie nam do naszego zbiorowego obrazu pasuje: "Nie ma Północnego Śródmieścia, nie ma Południowego Śródmieścia, nie ma Ochoty i Woli, Pragi Północ i zdaje się, że też Żoliborza. Tunelem metra płynie teraz Wisła, a Wisłą płyną trupy".

Tak więc to nie rozmaite perypetie rodzinne babki i dziadka, których wspólne życie nazywa się "kulawą wersją rodzinnego szczęścia", ani futurystyczne pomysły są zasadniczym tematem "Nagrobka z lastryko". Zabieg z umieszczeniem akcji w przyszłości potraktujmy jako pretekst, bo w rzeczywistości Varga daje dość złośliwy i zabawny obraz współczesności, chociaż ona sama jest raczej ponura.

Żartuje się więc np. z konieczności zapamiętywania kodów do wszystkiego: drukarek, komórek, kart bankomatowych, niszczarek, nawet do toalety, żartuje się z podłej pracy dziadka, który krążył między "Kongresówką, Galicją i Prusami" jako "lotny referent korporacji monopolizującej światowy handel przenośnymi toaletami". Zabawnie opisany został rytuał jedzenia lunchu przez pracowników dawnych korporacji roku 2005, gdzie "talerze z zestawem lunchowym za 19,99 bardziej się różnią niż oni". Gotowym komicznym monologiem jest np. opowieść o uniesieniach patriotyczno-futbolowych, które zawsze kończą się gorzkim rozczarowaniem. Futbol jako symbol narodowych kompleksów wraca zresztą parokrotnie, m.in. w opisie klęski 7:1 z Botswaną. To wtedy, pisze narrator, "mój dziadek przestał wierzyć w Polskę. (...) Marsz pokutników po botswańskiej klęsce, ciągnących z pubów, restauracji i parków, w których rozstawiono gigantyczne telebimy, musiał wyglądać jeszcze żałośniej niż spanikowane tłumy ułanów i kosynierów wycofujących się w kompletnej rozsypce spod Wołomina".

Wszystkie te kwestie, chociaż w żartobliwym ubranku, mówią jednak coś poważnego. We fragmencie wojennym pada np. takie zdanie o Warszawie: "Warszawa mojego dziadka przestała istnieć, bo to miasto ma to do siebie, że co jakiś czas rozpieprza się dokumentnie i nic po nim nie zostaje prócz sentymentalnych wspomnień o ludziach i miejscach, ale ludzie poumierali, a miejsca zmieniły się nie do poznania".

Tak więc obcowanie ze światem, jaki wyłania się z "Nagrobka z lastryko", to nie jest sprawa wesoła: "Piotr Paweł musiał umrzeć, bo nie potrafił pogodzić się z tym, że spośród dziesięciu kupionych jogurtów dwa miały pęknięte wieczko i nie wiedział, czy w takim stanie wziął je ze sklepowej półki, czy też kolorowe sreberka pękły w czasie transportu".

MAREK RADZIWON