Nike
2006
jury
Jacek Podsiadło
Kra


"Kra", nowy tom wierszy Jacka Podsiadły, nadeszła po kilku latach poetyckiego milczenia. Spotkamy tu znajomego poetę. Podsiadło jako jeden z nielicznych w swoim pokoleniu nie obawia się rytmu i rymu. I jak kiedyś, tak teraz w "Krze" tej starej klasycznej formie, umie pozostawać czasem wierny: "Kiedy na nowo się urodzę,/to będzie zwykły dzień. Jak co dzień./Jak święta Łucja, to po wodzie/Przyjdę. Wyglądał będę młodziej".

W tomie odnajdziemy też ton dawnej beztroski, np. w krótkim opisie podróży pociągiem Wilno - Warszawa. Tyle że teraz w tę opowieść wkrada się w ostatnim wersie wiersza jakaś niespodziewana refleksyjna nuta, której wcześniej nie było. Rachunek, spojrzenie wstecz, próba zastanowienia się, dokąd się dotychczas w życiu zajechało: "No, pociągu, stary byku, nuże, nieś mnie!/Chciałbym się przeżegnać przed podróżą, ale nie śmiem/Za oknami kwiczą już nazwami stacje/Moje życie jest jak bardzo biały wiersz, same spacje".

Pewnie więc nie bez przyczyny mówi się, że "Kra" to jakby odmieniony Podsiadło. Że zapodział się gdzieś dawny rowerzysta, hipis, lekkomyślny autostopowicz, poeta buntowniczy, który w wierszu chętnie rejestrował zwykłą codzienność, jakieś niby-głupstwa i chociaż zmagał się z ważnymi sprawami, to otwarcie nie brał się do pytań zasadniczych. Teraz się to chyba zmieniło. ">>Kra<< ma go przenieść na drugi brzeg, na stronę dojrzałości, która zapewne jest doświadczeniem nieszczególnie pożądanym, lecz nieuniknionym, takim, któremu należy stawić czoła - pisał Piotr Śliwiński. - Gotów jest podporządkować się wyrokom upływającego czasu, choć nie oznacza to ani odcięcia się od przeszłości, ani uległości w obliczu siły kiełznającej szaleństwa młodości".

Wersy otwierające tom brzmią: "Był czas zgiełku i czas ciszy; i muzyki/(...) Prawda, miotałem się. Wszystkie moje riposty były ciosami na oślep. Wysokie mrzonki czerpałem z niskich instynktów". Może więc jednak jakaś odmiana tu się dokonuje?

W wielu wierszach "Kry" Podsiadło zapisuje realne zdarzenia, zapamiętuje prawdziwych ludzi, trzyma się konkretu, doświadczenia, jak choćby w "Brother Death Blues", najobszerniejszym wierszu tego tomu. Ale i tu pojawia się ton serio, myśl o śmierci, której wcześniej aż tak wyraźnie byśmy chyba nie usłyszeli: "Umierają nam ci, co nas nosili na rękach, karmili słodyczami/i stawali w naszej obronie, a potem sami/truchleli zdziwieni, że oto nie mają już sił dowlec się do/toalety lub telefonu, ci, co nas uczyli/robić wybuchy z karbidu i bić się z silniejszymi, a potem/przegrywali z byle czym i wstydzili się,/że żyją".

Czy więc Podsiadło jest trochę nie swój? A może przeciwnie - właśnie teraz dopiero jest swój, może teraz mógłby powiedzieć, że sam się odnalazł: "Wracam i myślę o swoim życiu. Że wreszcie jest ktoś, kto jest mną" - pisze.

MAREK RADZIWON