Nike
Nagroda Nike
jury
Małgorzata Szejnert
Czarny ogród


"Czarny ogród" jest opowieścią o Giszowcu, śląskiej kolonii wybudowanej w 1905 r. przez koncern górniczy Georga von Giesche. Bajecznie bogata niemiecka finansjera i ekstrawagancje urbanistyczne, na które sobie pozwoliła w pierwszym dziesięcioleciu XX w., to bohaterowie tej sagi, ale jeszcze ważniejszymi są śląscy, niemieccy i polscy górnicy, którzy w kopalniach Gieschego znaleźli pracę, a dom właśnie w tzw. Giszowcu. To architektura niezwykła jak na Śląsk tamtych czasów - domki wzorowane na wiejskich chałupach z ogródkami, sporo zieleni, w centrum osady park.

Małgorzata Szejnert napisała reportaż historyczny i ułożyła całość w sposób bodaj najprostszy - chronologicznie, jak kronikę. Są tu I wojna światowa, kiedy śląskich górników powoływano na różne fronty, kolejne powstania śląskie, plebiscyt, lata międzywojnia, pogrzeb Korfantego, okupacja, wyzwolenie i wysiedlenia, wreszcie dzieje najnowsze. Mamy także opowieść o nowoczesnym przedsiębiorstwie, o amerykańskim kapitale, który w latach 20. wykupił niemieckie kopalnie i energicznie wprowadzał nowe porządki, mamy powojenną nacjonalizację, kiedy kopalnię Giesche przerabiają na Janów, a potem jeszcze raz - na Wieczorek, dzieje aż po lata pierwszej "Solidarności", stan wojenny i zmiany w roku 1989, wreszcie niedawne eksmisje i nowe bezrobocie.

Przede wszystkim jednak Szejnert śledzi dzieje kolejnych pokoleń mieszkańców Giszowca. "Czarny ogród" można czytać jak wyczerpującą historię regionu w XX stuleciu, ale to właśnie losy indywidualne są najciekawsze - Jungerów, Wieczorków, Gawlików, Lubowieckich, Kasperczyków. Szeroką panoramę Szejnert układa z tej drobnej ludzkiej mozaiki, np. z opowieści o najlepszej pływaczce Giszowca Rozalce Kajzerównie, która trenowała latem w Stawie Małgorzaty. Była nawet na igrzyskach olimpijskich w 1928 r., ale zajęła tam dopiero szóste miejsce. Po śmierci ojca pracowała w kopalni jako telefonistka i nie mogła trenować na krytej pływalni.

Przez karty tej opowieści przewija się także, aż po dziś dzień, nazwisko rodziny Badurów, m.in. Dorki Badurzanki, która w dzieciństwie chciała być świętą, w czasie wojny nie bardzo podobała jej się nauka w niemieckiej szkole okupacyjnej, więc się wyniosła do ogrodników pod Janów, po wojnie głosowała "tak" (za granicą na Odrze) i dwa razy "nie", a wiele lat później odebrała w Wiedniu, jako Dorota Simonides, prestiżową nagrodę im. Herdera.

Bo nikt z bohaterów tej wielkiej epopei nie zostaje porzucony ani zapomniany. Szejnert otwiera setki wątków, pisze jednocześnie dziesiątki biografii w taki sposób, żeby wszystkie postaci powracały wielokrotnie w różnych latach i przy różnych okazjach. Czasem wydaje się, że ktoś jak marionetka mignie w tej wielowątkowej opowieści tylko na chwilkę. Ale nie - jego losy zwykle znajdują kontynuację, czasem wiele lat później.

Jesienią 1939 roku Rozalkę (po mężu Piesiurową) wyrzucono z domu w Giszowcu do baraku w Nikiszowcu. Jej nazwisko po raz ostatni pojawi się w roku 1977 - w dniu śmierci.

Nowy, amerykański prezes Giesche SA, ceniony pracownik holdingu SACO George Sage Brooks pojawia się w roku 1926. Prawie 80 lat później do Giszowca przyjeżdża z Nowego Jorku jego wnuczka: "(...) w fabryce porcelany w Bogucicach naprawdę się wzrusza. Ogląda dawne projekty i znajduje wzór serwisu dla lalek. Taki właśnie serwis w niebieskie kwiatki dostała od dziadków Brooks tuż przed drugą wojną światową".

MAREK RADZIWON